Dziś mamy przyjemność zaprezentować pierwsze w tym roku, styczniowe nominacje w naszym comiesięcznym konkursie fotograficznym dla uczestników Forum Fotoszopa. Co miesiąc wybieramy kilka zdjęć, spośród których na koniec roku wybierzemy i nagrodzimy te najlepsze. Zapraszamy do oglądania i do udziału w kolejnych comiesiecznych edycjach:)

Fot. Anna Piekarska
Fot. Beata Grzelak
Fot. Marek Kulesza

Fot. Romuald Łagun
Fot. Leszek Girucki
Na ostatni plener wybraliśmy się troszkę dalej. "Troszka" wynosiła około 12 tysięcy km. Troszkę inny był tam również klimat, ustrój, muzyka, jedzenie, a nawet samochody...
Zjeździliśmy pół wyspy, większość odbywała się w rytmie salsy i czaczy...
...i smakowała jak mojito...

Między ucztami, poranną jajecznicą a wieczorną langustą odkrywaliśmy tajemnice tej magicznej wyspy...
Byliśmy w prawdziwej dżungli...

w pewnej twierdzy...
w parku narodowym Topes de Collantes

w pewnym barze...
oczywiście w Havanie...
na plantacji trzciny cukrowej...
w zagłębiu tytoniowym Vinales:
i nad cudnym Morzem Karaibskim...
We wszystkim pomagali nam niezastąpieni przewodnicy: Kyky, Fari i oczywiście Madzia nasza kochana...

Zachowywaliśmy się nieraz niczym japońska wycieczka, fotografując wszędzie i wszystko...

Wobec niektórych trzeba było zastosować delfinoterapię...




Zrelaksowani mogliśmy już wrócić do Havany...
pełnej "modelin"
bezpańskich psiaków:
wielkich fal na Maleconie...
i nieustająco wielkiego Che...
Fundacja "Karuzela" zwróciła się do nas z prośbą o poprowadzenie warsztatów fotograficznych dla dzieci z domów zastępczych. W ramach warsztatów odbyły się m.in. zajęcia w ciemni fotograficznej. Dzieci wykonały samodzielnie piękne luksografie. Zapraszamy do obejrzenia:
Autor: Jacek
Autor: Adam

Autorka: Ada
Autor: Krzysiek
Bieszczady, Bieszczady! Kto nie był, powinien pojechać. Kto był, zapewne wróci. Myśmy wrócili po roku...
Na początku były dusiołki... I zaklinacz dusiołków - Bury, czyli Rysio Denisiuk, mistrz w swoim fachu...
...Bieszczadnik-gawędziarz, który nie tylko dusiołki czarować potrafi, ale i słuchaczy, a zwłaszcza słuchaczki... :)

Czym byłyby Bieszczady bez wypału? Wypał potrafi oczarować... i okadzić...

Po tym królestwie ognia i dymu to już tylko orzeźwiająca kąpiel... Może być na Sinych Wirach...
...albo w Sanie... prawda Przemku?
Na nic się zdały utyskiwania, trzeba było przebyć wodę, gąszcz krzaków i błotnistą ścianę wspinaczkową...
...aż w końcu dotarliśmy... Oczom naszym ukazał się taki oto widok:
Czy warto było???? To już każdy sam musi ocenić... Ale przyznajcie, że ruiny cerkiewki w Krywem były godne zobaczenia... Nawet kolejka się tworzyła, żeby pofocić...
Cerkiewki w ruinie, w remoncie i po remoncie były jak zwykle ulubionym tematem naszych zdjęć:
Była też i Łopienka, oblężona tym razem przez tłum odpustowych pielgrzymów...

Większość z nas zdobywała też szczyty gór...
Wycieczka na połoniny nie była jednak dla wszystkich... Cóż, psom, nawet tym na smyczy, wstęp na szlak kategorycznie wzbroniony.... Ciekawe, że kotów zakaz nie dotyczył... Niepocieszona Tośka patrzyła tęsknym wzrokiem za oddalającą się grupą...
A grupa? Oby dopisała taka za rok :)))
Wylądowaliśmy w Krainie Wielkich Jezior.... Mieliśmy nawet własne jezioro pod domem, noooo może nie takie wielkie, ale zawsze...

Nad jeziorem kwitło życie towrzyskie. Czasem trzeba było popracować:


a czasem popływać

Zdecydowanie najwięcej czasu zajęło nam fotografowanie. Hitem były koniki polne... ups! polskie ;)




Niektórym udało się odkryć nowe zastosowanie konika... w roli statywu

Podczas przyrodniczych wędrówek szukaliśmy rosiczek na torfowisku.
Ku zdziwieniu niektórych osób, rosiczki nie połykają ludzi...

Natomiast torfowisko wsysa :) A potem trzeba wykręcać mokre skarpetki

Bywało jednak gorzej... Na szczęscie nie za często:
Jak nie woda to ogień... z wizytą u kowala...


i po sąsiedzku w galerii p. Hani Żebrowskiej:

Dzięki uprzejmości pracowników Nadleśnictwa udało nam się zwiedzić zabytkową wyłuszczasrnię nasion. Wszystkich najbardziej zafascynowały góry szyszek...

Ciekawe, czym się żywią bociany... Żabami???? Ależ skąd!

A teraz w drogę! Jedziemy (a może płyniemy) do Galindii

Niektórym na promie aż włos się zjeżył ze strachu...
Ale gdzie ta Galindia??? Tu może pomóc tylko I-phone 4G
Uffff, szczęśliwie dotarliśmy:

A tu prawdziwe boginki...
Coraz bliżej świętości - w Klasztorze Starowierów...
ina zapomnianym cmentarzyku ewangelickim
Wrażenia, wrażenia, jak je wszystkie ogarnąć? Czasem pomagają w tym wieczorne posiedzenia w stodole...
I jak tu się rozstać? Prawda Anula? Prawda Dino?

PS.
Szczególnie dziękujemy Jackowi M., że wprowadził nas w przepiękny świat Mazur :)
Powiada się, że nie ma powrotu z fotografii cyfrowej do analogowej... Okazuje się, że wcale tak nie jest. Przekonaliśmy się o tym podczas 1. edycji naszych warsztatów. W fotografii analogowej można się po prostu zakochać, nawet jeśli na codzień fotografuje się cyfrą. To prawdziwa magia. Nikt tak pięknie o tym nie napisał jak Anula, uczestniczka kursu i autorka poniższych zdjęć... Sami poczytajcie: cz 1, cz 2, cz 3. Prawda, że pięknie?


Fot. Ania Piekarska
Tym razem ścieżki zawiodły nas do Łosiowiska nad Brdą. Tosi nos był lepszy od GPSa

W Łosiowisku przybył jeden mały "łoszak" Majka, który od pierwszego wejrzenia zapałał miłością do Tosi. Miłość została odwzajemniona :)

Jednym z ćwiczeń podczas warsztatów było fotografowanie emocji. Czasem bardzo wyczerpujące ;)

Robiliśmy też portrety skojarzeniowe. Było przy tym mnóstwo śmiechu i dobrej zabawy. Nasz niezastąpiony McGyver konstruował na tę okoliczność potrzebne rekwizyty...


A oto mistrz McGyver we własnej osobie :)

"na głowie kwietny ma wianek..." bo to przecież zaraz Noc Kupały (Kupała = trzymajmy się w kupie;)) Prawda Madziu?
...i popłynęły w dal nasze wianki z marzeniami o kwiecie paproci :)
A marzenia, jak wiadomo, czasem się spełniają. Przynajmniej na papierze...

...albo na płótnie...


Mimo rozlicznych atrakcji, znaleźliśmy też trochę czasu na fotografowanie (Patrz: galeria)

...ale już nigdy nie będzie to zwykłe "pstrykanie" fotek... Najpierw trzeba trochę pomyśleć...

ALe najważniejsze mimo wszystko, to być razem :)))))

I znów w Kazimierzu. Zamiast śniegu - upał, zamiast pustych uliczek - turystyczny zgiełk. Sukaliśmy cienia chodząc z dołu w górę i znowu w dół:
Najprzyjemniej było w kamieniołomach - ach, ten chłodek!
Jeszcze przyjemniej siedziało się nam przy stole.... i to nie jednym. Najwięcej radości było oczywiście w przydrożnym "pubie" pod Kazimierzem


Czasem robiliśmy zdjęcia. Jeszcze częściej pokazywaliśmy sobie....aparaty....

Wyruszyliśmy też w rejs po Wiśle....
...a dalej ciuchcią...

...by podziwiać uroki Janowca.

Czas do domu.... i łzy w oczach ;-)
Roztocze przywitało nas uporczywym deszczem... Ale to i tak lepsze niż śnieżyce w innych częściach kraju... Najpierw schroniliśmy się w Zagrodzie Guciów...
a potem w starym młynie...
Na pyszne obiady chodziliśmy przez piękne roztoczańskie pola...


...robiąc przy okazji wiele zdjęć...

Mieszkaliśmy w uroczym gospodarstwie "Na Górze"w Obroczu

gdzie mieliśmy nawet "własne" bociany :)

...oraz kucyki i bryczkę.

Na podwórku szefem był niejaki Kropek, największy przyjaciel naszej Tosi :) Co to dużo mówić - typowy lew salonowy...
Fotografowaliśmy wszystko, co tylko się dało: lasy, pola, rzeki, "szumy", miasto Zamość i ludzi.

Nie obyło się też bez skoroświtu, z którego niektórzy przywieźli udane fotki, a inni... katar.

A to nasza ekipa:
Trzy Gracje: Patrycja, Greta i Jola...

Gosia i Mauko

Dwóch Kanonierów: Arek i Maciek...

oraz Wiola i Radek

A my z Tosią... w domyśle.... bo zdjęcie gdzieś się zapodziało...
Na początku maja dostaliśmy wreszcie pracownię :))) Na razie zaczął się gruntowny remont. Tak to dziś wyglądało:
Ciąg dalszy nastąpi :)